02/25/2016

Bomba z opóźnionym zapłonem, czyli coaching i ciężka praca.

Arabella O’Baker
Zapisz się na newsletter i otrzymuj specnewsy

Dziś będzie o moim osobistym doświadczeniu z coachingiem. Wyznanie niedowiarka. Zawsze byłam bardzo sceptycznie, wręcz sarkastycznie nastawiona do wszelkich nowości. Z natury stąpam twardo po ziemi, zazwyczaj wątpię, doszukuję się wszędzie spisków i ukrytej manipulacji. Kiedyś uznawałam to za jedyne słuszne nastawienie „obronne” wobec czyhającego wszędzie zła. Dziś staram się z tym walczyć. Od roku jestem wielką fanką coachingu. I wcale nie uważam, że mam wyprany mózg. 

Jak to możliwe?

Wieczorek zapoznawczy z prawem przyciągania.

Moja przygoda z szeroko pojętym samorozwojem zaczęła się jeszcze w liceum. Ciągnęło mnie do tematów związanych z psychologią sukcesu. Pamiętam jak w ramach lekcji mieliśmy wykład ze starszym panem. W półtorej godziny wyjawił nam wszystkie niezbędne informacje dotyczące potęgi podświadomości. Słuchałam z zapartym tchem myśląc: „Wow, jakie to proste!”. Pan opowiadał jak w myślach przywoływał wolne miejsce parkingowe i ono zawsze na niego czekało. Też tak chciałam. Zaczęłam łapczywie przywoływać w myślach zainteresowanie najprzystojniejszego chłopaka w szkole. Po dwóch dniach, gdy nic się nie wydarzyło sfrustrowana dałam za wygraną. To jakieś brednie, niemożliwe, naciąganie, tak myślałam. Niemniej jednak ziarno zostało zasiane. Wszelkie moje późniejsze próby i podejścia do tematu były duszone w zarodku przez otoczenie. Mama mówiła, że to niemożliwe. Życie jest ciężkie, powtarzała, trzeba ciężko na wszystko zapracować. To prawda, jej życie było bardzo ciężkie. Przedwczesne wdowieństwo, niska pensja pielęgniarki, brak oparcia w rodzinie, rak i śmierć. Tak w skrócie można by to opisać. Dla przeciwwagi jedna z moich ciotek miała fioła na punkcie pozytywnego myślenia. Podarowała mi kiedyś książkę – „Sekret”. Przeczytałam z niedowierzaniem. W moim sercu znów rozbłysła blada iskra nadziei na szybkie i łatwe sukcesy w życiu. Niestety znów przy pierwszym lepszym niepowodzeniu została zgaszona przez podmuch sarkastycznego rozumu. Niemniej jednak zawsze marzyłam. Jak źle i ciężko by w życiu nie było ja marzyłam o ukochanej rodzinie. O fantastycznym mężu. O dziecku. O mieszkaniu nad samym morzem. O wygodnym życiu. Marzyłam zawsze przed snem. Uciekałam w kolorowe fantazje, które osładzały mi gorzką rzeczywistość: małe mieszkanie, brak ojca, brak szerszych perspektyw i telewizyjną miałkość egzystencji. 

Co z tym samorozwojem? Czy coaching działa?

Z biegiem lat wszystkie moje marzenia się spełniły. Co do jednego. Nie oznacza to bynajmniej, że jest idealnie. Moje życie to nie bajka. W swoich marzeniach pominęłam kilka kluczowych elementów. Takich jak kariera, niezależność i sprawczość. Niemniej jednak dodaję te elementy na bieżąco do swoich fantazji. Marzę rozsądniej, wizualizuję szczegółowo, nie zaszkodzi przecież.  Rok temu gdy urodziłam dziecko, wyemigrowałam, przeżyłam śmierć matki  i znalazłam się „far away from home and friends”, czyli daleko od mojego naturalnego środowiska coś się zmieniło. Siedziałam w fotelu karmiąc dziecko jak co dzień. Samotność i nuda grały na nosie. Czekały chyba, aż oszaleję. Właśnie wtedy powróciłam do korzeni. Zaczęło się niewinnie. Trafiłam w Internecie na artykuł Klaudii. Tak bardzo mi się podobał, że pochłonęłam wszystkie jej artykuły od razu. Klaudia, ze względu na swoje egzotyczne nazwisko i historię z CBŚ zapadła mi w pamięć. Szybko jednak powróciłam do codziennej rutyny czyli przeglądania plotkarskich stron www. Frustrowało mnie to niezmiernie, że ja siedzę i nie mam na nic wpływu, a tam gwiazdy i meteory oślepiają ludzkość swoim tandetnym blaskiem. Nie mogłam tego dłużej znieść. Postanowiłam coś zmienić. Zerwałam absolutnie z wyniszczającym nałogiem. Pojawiła się jednak świerzbiąca pustka. Coś trzeba było w tym czasie robić. Postanowiłam czytać książki. Któregoś dnia trafiłam na wirtualną księgarnię z ebookami. Przepadłam zupełnie na długie godziny. Zrekompensowałam sobie z nawiązką emigracyjny post zakupowy i nabyłam za jednym zamachem 20 ebooków. W tym „SpecBabkę”. Po czym znów zapomniałam o książce. Prawda jest taka, że mój sceptycyzm chciał wziąć ostatecznie górę, besztając mnie, jak mogłam kupić jakieś samorozwojowe g%$#@?! Przecież to literatura dla frajerów i nieudaczników, myślałam. Czułam się jak Charlotte York w jednym z odcinków „Sexu w wielkim mieście” desperacko poszukująca wsparcia po rozwodzie między regałami z napisem rozwój osobisty i poradniki. Już miałam kasować na zawsze nieudany zakup, wyrzucać w bezdenną otchłań wirtualnego kosza, gdy kątem oka dostrzegłam opinię: „Klaudia, otworzyłaś przede mną niebo!”. Rozejrzałam się wkoło. Byłam w pokoju sama, nie licząc kilkumiesięcznej Buły, nieświadomie podsypiającej podczas południowego cyco-lunchu. Wtedy właśnie pomyślałam, że jeśli mam ochotę to mogę przeczytać co chcę.  Nie miałam przecież nic do stracenia. Książkę pochłonęłam w kilka dni. Z wypiekami na twarzy i wszędzie gdzie się da mieć wypieki. Tak, tak to o mnie – myślałam czytając. Zaraz po tym wpadłam na szalony, jak mi się wtedy wydawało, pomysł, żeby umówić się na sesję coachingową przez skype. To znaczy, długo negocjowałam ze swoim wewnętrznym krytykiem, który usiłował mi wmówić, że umawianie się na skype (w dodatku za pieniądze) z zupełnie obcą kobietą to już gruba przesada. Któregoś wieczora się doważyłam i wysłałam zapytanie.

Coaching to tylko narzędzia.

Tak rozpoczęła się moja przygoda z coachingiem. Miałam kilka sesji. Później pojechałam na SpecBabka Camp, na którym miałyśmy kilka dni sesji non stop. To było niesamowite przeżycie. Dziś gdy upływa niecały rok od początku tej historii mogę powiedzieć, że to co myślałam, że się wydarzy, absolutnie się nie wydarzyło. Czytając „SpecBabkę” myślałam, że to takie proste. Zrobię kilka ćwiczeń, „powizualizuję”, przelecę się nad swoją linią czasu, zrobię koło życia, przytulę swoje wewnętrzne dziecko i będę zupełnie inną osobą. Nic z tych rzeczy. Myślałam, że każda sesja będzie jak granat, który rozwali wszystko, co do tej pory było nie tak. Nic z tych rzeczy. Ok, było kilka takich sesji, które kopnęły mnie w 4 litery i to pewnie były sesje najważniejsze, ale… kopnęły mnie bardzo boleśnie. Po prostu były niemiłe. Zostawiły mnie z myślami, których wcześniej nie dopuszczałam do siebie. Kazały działać (najgorsze!). Właśnie w tym sęk, że coaching w moim przypadku to była tylko krótka uwertura. Całą resztę koncertu musiałam zorganizować sama. Mozolnie budując własną orkiestrę, aby na koniec zdobyć potrzebne instrumenty do zagrania pięknej melodii własnego życia. Był taki moment, kiedy się buntowałam. Kiedy myślałam, że to nie działa. Kiedy chciałam rzucić ten cały samorozwój w p#4*&ec. Bo bolało. Było trudno. Musiałam zacząć robić pewne rzeczy w inny sposób niż dotychczas, aby zobaczyć inne rezultaty. Dopiero niedawno, nagle uzmysłowiłam sobie, że jestem kimś innym. Myślę i działam inaczej. To naprawdę działa! Tylko nie jak magiczna różdżka, ale jak łopata, którą trzeba się nieźle namachać, żeby mieć jakiekolwiek widoczne rezultaty. Coaching oddziałuje na emocje. Jest jak wielki kopniak, który na chwilę unosi Cię w powietrzu, abyś zaraz potem upadła boleśnie na ziemię. I chciał znów pofrunąć, bo Ci się spodobało. Kolejny raz możesz wzbić się w powietrze o własnych siłach. Pod warunkiem, że włożysz w to dużo wysiłku. Musisz machać rękoma, ile sił wlezie. Wytrwale. Pewnie są i kiepscy coachowie, którzy sprzedają ściemę, zamiast prawdziwych technik i narzędzi. Tak jak w każdej profesji, zawsze znajdą się lepsi i gorsi. Można przecież trafić na lekarza cudotwórcę, a można trafić na partacza. Osobiście nie trafiłam na złych coachów, ale wiele nie próbowałam. Może miałam szczęście, a może intuicję? Coaching jest jak kropla, która drąży skałę. Po długim czasie nagle uświadamiasz sobie pewne sprawy. Poznajesz narzędzia, ale żeby zadziałały musisz ich używać. P.S. A Ty, próbowałaś czegoś takiego? Czy się ze mną zgodzisz? Napisz proszę w komentarzach swoją opinię, umieram z ciekawości! 🙂 Do napisania! Arabella