07/03/2017

MAŁE COŚ w zamian za wielkie wszystko.

Klaudia Pingot
Zapisz się na newsletter i otrzymuj specnewsy

Małe rzeczy nie czynią nas małymi. Duże nie zawsze wpływają na to, że rośniemy.  Do przodu idziesz dzięki małym krokom, nie wielkim susłom. 

Poruszanie się chodnikiem wielkimi skokami wykończyłoby nas na dłuższą metę. Poza tym wyglądalibyśmy jak z monty pythonowskiego Ministerstwa Dziwnych Kroków.

Nikt o zdrowych zmysłach tak się nie porusza.

A jednak w życiu to robimy.

Przereklamowana interpretacja sukcesu tworzy w nas przekonanie, że muszę „tu, teraz, wszystko”. Tak się też rodzi perfekcjonizm. „Nigdy nie jest wystarczająco dobrze”.

Sama taka byłam.

Był pewien okres w moim życiu, gdy stresował mnie brak sukcesu. Nie ceniłam swoich starań, intencji, działań. Oceniałam się po wynikach.

Nikt nie nauczył mnie doceniać siebie za małe coś. Sukcesem w moim przekonaniu było tylko „wielkie wszystko”. Nikt nie nauczył mnie dawać sobie „głaski”, dawać sobie przestrzeń, wybaczać, odpoczywać.

Uwierzyłam, że jeśli nie chcę być frajerką, to muszę mieć piękne mieszkanie, dochodowy biznes albo pracę, wypasiony samochód i muszę jeździć w dalekie, egzotyczne podróże. Najlepiej wszystko od razu.

Czułam się jak małe dziecko w sklepie z zabawkami, które chciałoby wszystko, ale ma tylko kilka złotych w kieszeni.

Gdy patrzysz na magazyn zabawek, przestaje Cię cieszyć jajko niespodzianka.

Ale tak naprawdę nie potrzebujemy mieć. Potrzebujemy czuć.

Potrzebujemy kochać, doświadczać, przekraczać bariery, uczyć się, choćby na porażkach, a może właśnie głównie na porażkach, bo przecież na sukcesie niczego się nie nauczysz. Nie jesteś w stanie stawać się w czymś lepsza, jeśli nie poczujesz, w którym momencie jesteś gorsza.

A my tak bardzo unikamy poczucia „gorszości”, że w końcu nigdy nie próbujemy się mierzyć z tym, dzięki czemu możemy rosnąć.

Jak by to było, gdyby bito CI brawo i dawano uznanie za każdą próbę i każdą porażkę?

Byłoby super. Spuścilibyśmy parę i wyjęli sobie kije z tyłka.

Ciągłe napięcie to wynik obawy przed oceną i utratą poczucia bezpieczeństwa. Świat stałby się bardziej innowacyjny, a ludzie nie potrzebowaliby prozacu, alkoholu, ewentualnie zioła, żeby się wyluzować.

Tymczasem, w rozważaniach o sukcesie i „wielkim wszystkim” wchodzimy w dwie skrajności.

Mięciutką jak chmurka i twardą jak beton.

„Uwierz w siebie a osiągniesz sukces!”, „Zmień przekonanie a wszystko się odmieni” – to przykład mięciutkiej chmurki i magicznego myślenia, zakładającego, że sama wiara sprawi nagle, że dostaniesz skrzydeł i w bliżej niezidentyfikowanych okolicznościach staniesz się kolejnym Jobsem, albo Zuckerbergiem. Potem ludzie śmieją się z filmików „Jesteś zwycięzcą”, ale w głębi duszy tacy chcą być.
„Na nic nie mam wpływu”, „Inni zasługują bardziej” – to przykład twardego betonu oraz pesymistycznego myślenia i wyuczonej bezradności, która powstaje na bazie przekonań, jak wiele trzeba mieć, udowodnić, zrobić, by ludzie Cię szanowali.

Życiowa mądrość, która wpływa na ludzkie szczęście i spełnienie to pozbycie się złudnych przekonań, że można wszystko (bo to rodzi frustrację, gdy coś nie wychodzi) a zarazem wiara, że można COŚ!

Coś to bardzo dużo. 

Coś to wiara, że można być wystarczająco dobrą, niekoniecznie doskonałą.

Coś to nowa umiejętność, niekoniecznie nowa osobowość.

Coś to dodatkowy tysiąc miesięcznie, niekoniecznie miliony zarabiane pasywnie.

Coś to udana randka, niekoniecznie idealna miłość.

Coś to podróż w nowe miejsce, niekoniecznie dookoła świata.

Coś to uśmiech do przechodnia na ulicy, niekoniecznie doskonała rzeczywistość.

Małymi coś osiągniesz więcej niż wielkim wszystkim.

Kiedyś traktowałam życie jak grę o sumie zerowej – ktoś musi przegrać, aby ktoś mógł wygrać. Walczyłam ze sobą. Pracowita musi wygrać z leniwą. Silna ze słabą. Mądra z naiwną. Nie widziałam, że w lenistwie jest odpoczynek, w słabości korzystanie z pomocy innych, a w naiwności radość.

Walka ze sobą czy z innymi sprawia, że stajemy się wycieńczeni, przepracowani, wypaleni. Nie wspominając, że taki tryb ogranicza zasoby poznawcze i kreatywne myślenie.

Pewnego dnia zatęskniłam za życiem, w którym nie musiałabym się porównywać, rywalizować i myśleć, ile mi jeszcze potrzeba do „wielkiego wszystkiego”.

„Wielkie wszystko” chyba nie istnieje. Przynajmniej dziś tak uważam.

To sprawiło, że stałam się fanką życia, które mam, stałam się kreatywnie leniwa. 

Czyli nie, że teraz tylko leżę i pachnę, ale po prostu nie pędzę.

Po prostu robię wszystko najlepiej jak potrafię. Podejmuję wyzwania, zaliczam porażki i czasem nic nie robię, nawet nie myślę. Nie myśleć to trudna sztuka, ale jaka ważna.

Biję sobie brawo za każde MAŁE COŚ. Doceniam się za starania, nie wyniki. I już nie mam kija w tyłku, nie wciągam brzucha i nie rezygnuję ze snu na rzecz sukcesu.

Sukces w moim życiu to to, że śpię, ile chcę, kocham, kogo chcę i zarabiam, na czym chcę. Oddycham wolnością i tym „małymi cosiami”.

A jakie MAŁE COŚ Ty cenisz najbardziej?