05/29/2017

Magia dzieje się poza strefą komfortu. Sri Lanka cz. 2

Klaudia Pingot
Zapisz się na newsletter i otrzymuj specnewsy

Szpitale, więzienia i burdele to prawdziwe uniwersytety życia – powiedział niegdyś Charles Bukowski, dodając – mam dyplomy z wielu takich uczelni. Mówcie mi Wasza Magnificencjo.

Nie życzę nikomu edukacji w takich uniwersytetach, ale zgadzam się, że życia w szkole się nie nauczysz. Najlepsze wyjście to podróże – jeśli nie zagraniczne, to takie poza strefę swojego komfortu.

Moja podróż po Sri Lance nie była tylko topograficznym doświadczeniem.

To, z czym mierzysz się z po raz pierwszy, co widzisz, dotykasz, słyszysz po raz pierwszy jest także osobistym psychologicznym eksperymentem.

Małpy wielkości niskich ludzi skaczące po drzewach i słupach elektrycznych są ciekawostką, ale doświadczanie innej kultury, ogromnej biedy jest już wyzwaniem, które otwiera oczy.

Zapraszam Was do drugiej części (i ostatniej) moich zapisków ze Sri Lanki.

Jeśli nie czytałaś części pierwszej, teraz możesz to zrobić, klikając TUTAJ.

Sri Lanka, dzień 7.

 

IMG_0290Gdy przyjechałam do Ella późnym wieczorem, wokół czułam tylko zapach trawki (oraz Rice and Curry rzecz jasna).

Do wynajętego przez Airbnb mieszkania o nazwie „Golden View” wspinałam się kilkaset metrów z ciężkim plecakiem. Żaden tuk tuk tam nie dojeżdżał.

Przysięgłam sobie, że w przyszłości nigdy już nie wynajmę nic, co ma w nazwie „Golden View” (złoty/wspaniały widok) i nie da się tam dojechać autem.

Gdy obudziłam się rano, zapomniałam o zakwasach w okolicy ud, łydek, barków i ramion.

Widok był naprawdę golden. Golden nad goldeny!

Gdy tylko zobaczyłam Ella Rock, postanowiłam się tam wybrać.

Tutaj jest tak, że ludzie są niezwykle pomocni, ale niemal zawsze oczekują zapłaty. Z drugiej strony – jak dasz cokolwiek, trochę ponarzekają, ale w końcu podadzą dłoń i podziękują.

Zapytasz o drogę, nie wskażą Ci kierunku, tylko zaprowadzą do celu – nawet jeśli to 3 kilometry.

Dziś zgubiłam się w chaszczach, idąc na tę górę i nagle z krzaków wyszedł jakiś facet. Myślałam, że rolnik.

Może rolnik, może nie. Na ten moment stał się samozwańczym przewodnikiem.

Polazł ze mną z kilometr. Już wiedziałam, że będzie chciał kasę, więc powiedziałam w końcu, że już sama sobie poradzę. Dałam mu 200 rupii. Narzekał, że mało.

Powiedziałam, że myślałam, że chce się po prostu ze mną przejść i że jak nie chce 200, to może oddać.

Coś tam jeszcze narzekał. Ale zaczęłam mówić po polsku i, jak już Wam wcześniej wspominałam, problemy wtedy przestają istnieć.

Podziękował i poszedł. Miałam poczucie winy, że nie dałam mu więcej, ale zbankrutowałabym, płacąc za wszystko na każdym kroku.

IMG_4950

To jest dobry moment, aby wyjawić, jak ja się tu z nimi dogaduję.

Zasadnicze pytanie brzmi – czy ja się w ogóle dogaduję?

Po pierwszych doświadczeniach, nabrałam przekonania, że muszę wrócić na jakieś lekcję angielskiego, bo ja nic nie rozumiem, co oni do mnie mówią a byłam pewna, że oni także mnie nie rozumieją.

Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy spotkałam pewnego przemiłego sprzedawcę przypraw.

Twierdził on, że mówi perfekcyjnie w 4 językach i jak usłyszał, że jestem z Polski, zapewnił mnie, że całkiem dobrze mówi po polsku.

Mojemu zdziwieniu nie było końca. Niestety, czar prysł, gdy sprzedawca powiedział coś w rodzaju „czisk matra hamowa kjat” i zdziwił się, że nie rozumiem po polsku.

Ech… Przestałam więc z tym walczyć.

Powiem Wam, Basic English na Sri Lance wystarczy. Resztę nadrobicie mową pozawerbalną.

W telegraficznym skrócie – Ella, wodospady, góry zobaczone, zdobyte.

Pranie zrobione. Nie schnie. Będę je suszyć chyba pół nocy suszarką.

Jutro szalonym autobusem jadę z Ella na południe. Na plaże.

Autobusy kosztują grosze. Do tej pory wynajmowałam samochody – taksówki, ale przykładowy koszt mojej jutrzejszej podróży taksą wyniósłby około 15 tys rupii (ok 420 zł) a za autobus zapłacę 400 rupii (12 zł). Uberów tu jeszcze nie mają.

Tylko znów będę miała dylemat z siku, bo to 5 godz podróży Lanka Busem z Buddą – nie to, co Polski Bus z toaletą.

Sri Lanka, dzień 8 i 9-ty

 

IMG_5023Chyba nie jestem w stanie na bieżąco pisać wszystkiego, co tutaj zastaję i przeżywam. Przez tydzień próbowałam i chyba w miarę mi to wychodziło, ale po 7 dniach muszę zaakceptować małą porażkę w kontekście pisania.

Jestem już w Unawatuna. Spotkałam się z przyjaciółmi.

Czy plaże są piękne? Prawie, ale nie do końca. Jest okey, ale postanowiliśmy się przenieść za dwa dni na Wschód, gdzie jest mniej turystów i więcej dzikich plaż z białym piaskiem i szmaragdową wodą.

Moje ostatnie dwa dni w pigułce:

1. W Ella i Kandy mówili do mnie ciągle Madame… tak zresztą jak do wszystkich kobiet. Czułam się jak prawdziwa Madame.

2. Na Sri Lance mogą Cię naciągnąć, wziąć 2-3-4 razy więcej za usługę czy produkt, ale na pewno Cię nie okradną. Możesz laptopa zostawić w restauracji i nikt Ci go nie tknie. Jak zgubisz kasę, siedem osób zwróci Ci uwagę, ale nikt nie podniesie i nie zabierze.

3. Poznałam przez kilka dni co najmniej kilka osób – dziewczyn i chłopaków, z Europy, Singapuru, Bliskiego Wschodu – którzy podróżowali samotnie i czuli się totalnie bezpiecznie.

4. Moja podróż w autobusie była niezwykle tania i niezwykle kontaktowa. „Otarłam się” o wiele aspektów lankijskiej kultury – poczynając od różnych części ciała podróżnych po lankijski krwawy, drastyczny film, puszczany na telewizorze w autobusie, gdzie dzieciom obcinano głowy… Brrr…

5. Od początku podróży nie napiłam się tu ani dobrej herbaty, ani kawy. Tęsknię za cappucino lub espresso.

6. Kocham Ryż i Curry. Jak tu przyjeżdżałam i usłyszałam, że lankijczycy jedzą tylko „rice and curry”, myślałam, że to trochę ubogo. Ale dopiero teraz wiem, że można to zrobić na tysiąc sposobów i do ryżu można dodać wiele przepysznych dodatków. Dziś jadłam jedną z najpyszniejszych potraw w moim życiu. Gdybym dziś miała zrobić jakiś biznes, to otworzyłabym „Rice and curry” w Wawie maks za 30 zł za porcję.

Sri Lanka dzień 10 ty i 11 ty

FullSizeRender

Od 3 dni jeżdżę z przyjaciółmi w większym gronie w poszukiwaniu idealnych plaż.

Sri Lanka wciąż mnie zaskakuje na różne sposoby. Miałabym wiele do opisywania.

Niestety… w górach z wilgoci padł mi Mac. Teraz z gorąca padają telefony.

Na noc wyłączają w tym kraju Internety… Nie mogę pisać, nie mam jak pracować, a moja praca bardzo mnie relaksuje, więc wypoczywam, choć się nie relaksuję.

Wracam więc do mojego drinka z pysznym rumem.

Sri Lanka, kolejne dni.

Może to objaw totalnego wyluzowania, może skutek upałów – przestałam liczyć dni.

Myślę tylko o tym, co zjeść, czego się napić i gdzie spać.

Myślę o tym, jak się ułożyć pod palmą na plaży, żeby małpa na mnie nie nasikała.
Przedwczoraj na przykład, zobaczyłam na gałęzi małpę i tak właśnie pomyślałam:
„Żeby ta małpa przypadkiem na mnie nie nasikała” – po czym prewencyjnie odskoczyłam w bok, zamaszyście pociągając za sobą ręcznik, niczym Batman pelerynę.
No i nasikała.
Mówiąc o Batmanach – sporo tu też nietoperzy, czasem widocznych nawet w ciągu dnia. Widzisz cień, myślisz „orła cień”, a tu wielki nietoperz.
Z kolei dziś rano, po tym, jak w końcu postanowiłam zamieszkać w przyzwoitym hotelu, znalazłam gekona pod prysznicem.
Na szczęcie gadów nie boję się tak bardzo jak myszy. Myślę, że gdybym zobaczyła mysz, poszłabym spać pod palmę.

Z innych ciekawostek – mówią tu do mnie (jak do wszystkich białych kobiet) „Madame”.

To doprawdy wspaniałe i sympatyczne, jednak ja nie dam się tak łatwo zwieść. Gdy zamówiłam pyszne kanapki z sałatą i warzywami, a podali mi ubogą wersję tosta za pięćset rupii, przestawałam być „madame” i stawałam się po prostu „mad” (z ang wściekła, szalona).

W ogóle, nauczyłam się nie ufać żadnym fotografiom jedzenia w menu. Jadłam czasem potrawy, będąc przekonaną, że kucharz płakał jak je przyrządzał.

Z drugiej strony jadłam też takie posiłki, które wyzwalały w moim mózgu tyle dopaminy co dobry seks.

Poznałam ciekawych ludzi.

Singapurkę, której imię brzmiało jak Ninja – podróżowała sama.

Holendra, którego imię brzmiało jak Baron – podróżował sam.

Dubajczyka, który wyglądał jak arabski szejk. Miał na imię Szady i też podróżował sam. Co za świat?!

IMG_0467

Dziś zaczęłam snurkować. Byłam przy skałach. Przyszła wielka fala i prawie zrobiła ze mnie miazgę. (Mamo nie czytaj).

No ale nic takiego się nie stało. W zasadzie to przesadzam.

Gorzej, że później wkręciłam się w podejrzenia, że w tych wodach mogą być rekiny. Oczywiście nie miałam o tym pojęcia, ale wyobraźnia zrobiła swoje. Dziś pewna Australijka pocieszyła mnie, że w australijskich wodach jest mnóstwo rekinów, a ginie zaledwie pięć osób rocznie.

Cóż… warto być optymistą.

Sri Lanka – ostatnie dni i powrót do Polski.

– Co to mi pani za resztę wydała!? Co to jest? Już drugi raz mnie w tym sklepie chcą oszukać, złodzieje! – krzyczy starsza kobieta na kasjerkę w Lidlu o 7.35, do którego dziś wstąpiłam prosto z lotniska po kawę (której cholernie mi brakowało na Sri Lance). Kobieta darła się jeszcze 10 minut, aby każdy klient usłyszał, że nie warto tu przychodzić.

– No tak… za tymi elementami polskiej mentalności nie tęskniłam – pomyślałam – roszczeniowość, oszczerstwa, złość, jednym słowem człowiek człowiekowi wilkiem. Przekonałam się o tym już na lotnisku, gdy smutni panowie w zielonych mundurach zwani sierżantami Straży Granicznej witali pasażerów linii Qatar, którymi miałam szczerą przyjemność podróżować.

– Niech się pani wcale nie przejmuje – mówię do kobiety za kasą – cały dzień jeszcze przed panią pracy, a naprawdę lubię właśnie u pani kasować zakupy, bo jest pani taka miła… i uśmiech numer 5.

Nie, nie oszczędzam ludziom komplementów. Mówię je na okrągło, w końcu dobro wraca, prawda?

Za czym tęskniłam najbardziej, będąc na Sri Lance? (potraktujmy to jako minusy tej wyspy i kraju)

1. Za różnorodnym jedzeniem, bo choć zostałam fanką Rice and Curry, zaczęło mi w końcu wychodzić bokiem;

2. Za dobrą kawą i herbatą, bo choć Sri Lanka produkuje herbatę na cały świat, to nie koniecznie podaje się ją na stołach. O espresso czy cappuciono, albo w ogóle kawie z ekspresu to w ogóle nie ma mowy;

3. Za chłodem, bo w takim upale nie można ani biegać, ani pracować, ani myśleć;

4. Za ogólnym ogarnięciem, jakimiś przewidywalnymi zasadami, np. jeśli piwo ma cenę 250 rupi, to nagle nie nabiera magicznych właściwości i oferuje się je za 500, albo że jak cię ktoś obsługuje w restauracji, to nagle, w wyniku rozproszenia uwagi, nie zapomina o Tobie na kolejne pół godziny,

5. Za spokojem; jako turystka cały czas byłam zaczepiana, nagabywana, zachęcana do zakupu czegoś, spróbowania, skorzystania z tuk-tuka etc.

Plusy Sri Lanki

1. Wieloreligijność lankijczyków z przewagą wiary buddyjskiej, co sprawiało, że ludzie się tam nie denerwują, są pokojowo nastawieni, nie krzyczą, nie są roszczeniowi i raczej cię nie okradną, co najwyżej trochę naciągną, choć ja dwa razy naciągnęłam ich (raz przewodnika, raz kierowcę tuk-tuka),

2. Lankijczycy są bardzo otwarci i nigdy nie odmówią pomocy, zagadasz odpowiednio do kierowcy tuk-tuka a ten zaraz staje się Twoim osobistym menedżerem, negocjatorem, opiekunem, matką, ojcem etc.

3. Piękne widoki, piękne góry, plaże; przydałoby się im tylko większa wrażliwość na ochronę przyrody; gospodarze guest housów posprzątają ci apartament, a potem widzisz swoje śmieci za płotem,

4. Pobycie w tej kulturze czy w ogóle na innym krańcu świata otwiera nowe horyzonty, nagle zaczynasz inaczej widzieć swoje problemy i wyzwania, a polityczne wieści z Polski są jak sygnały UFO (niby ktoś coś słyszał ale nie warto się tym przejmować),

5. Taki wyjazd buduje poczucie wdzięczności za to, co masz w swoim kraju. Widzisz, że człowiek żyje za 20 zł dziennie albo mniej i nagle Twoje pragnienie posiadania (drogich ciuchów, mebli, samochodów) wydaje się takie małostkowe,

6. Rekomenduję taki wyjazd każdemu, kto się uczył angielskiego przez rok, dwa, dziesięć i myśli że nie potrafi mówić albo ma blokadę psychiczną. Lankijczycy (nie wszyscy) coś tam kumają, coś potrafią wyartykułować, ale nawijają jak katarynki „prawie angielskim” i są przekonani, że świetnie sobie radzą,

7. Poznajesz dziesiątki fantastycznych ludzi z całego świata i dzięki temu otwierają się różne możliwości,

Pod koniec wyjazdu poznałam wspaniałą parę Australijczyków (Tam i Joff), którzy mając lat 50 plus, sprzedali wszystko, co posiadali w swoim kraju i teraz podróżują. Joff super gra na gitarze i śpiewa.

Tam zapewniła mnie, że w Australii mogłabym zrobić karierę nie mniejszą niż w Polsce i poczułam się szczerze zachęcona. Połechtało to moje ego, bo nie przechwalałam się jakoś szczególnie tym, co robię, ale Australijka wyguglała SpecBabkę i Smart Coaching.

Pożegnałam się ze Sri Lanką, z jednej strony czując wdzięczność za to, co mam w Polsce, z drugiej mając jeszcze większą otwartość na świat.

Kto wie, może jak skończę za niedługo magisterkę z psychologii, wybiorę się do Australii na dłużej?

Wróciłam z przekonaniem „Sky is the limit”.

Mówi się Sky is the limit – Nie ma granic/ Granicą jest niebo… (wolne tłumaczenie).

Tak naprawdę to, co nas ogranicza jest własny umysł.

Moją specjalnością w pracy coachingowej i szkoleniowej jest trening zmiany przekonań.

To niewiarygodne, jak może zmienić się życie człowieka po zmianie jednego przekonania.

Ludzie wtedy mówią, że kolejne „sprężyny” im puszczają i już nie muszą się spinać, wszystko jest łatwiejsze, przyjemniejsze i wiele rzeczy staje się po prostu możliwe.

Zmianę przekonań można osiągnąć na dwa sposoby. Albo pracując z kimś coachigowo/ terapeutycznie, albo doświadczając i wychodząc poza strefę swojego komfortu. 

Jeśli doświadczasz świata – doświadczasz możliwości, a magia zawsze jest poza strefą komfortu.